Czym jest cierpliwość

Być samą z pięcioletnim dzieckiem w domu podczas grypy to prawdziwa próba sił. Od rana Majka błagała mnie o wspólną zabawę. Dla świętego spokoju i zdrowia zarówno fizycznego jak i psychicznego (ten, kto poznał moje dziecko wie, że podczas czuwania, nie ma chwili, w której nie wydaje dźwięków, zazwyczaj nad uchem osobnika dorosłego) zgodziłam się na zabawę, zbierając omdlałe porcyjki siły z poduszki. Zwlokłam się z katafalku, przemierzyłam dwie mile przez korytarz i weszłam do jej pokoju.
Maja: Mamo, ale musisz poczekać jeszcze, bo ja szykuję całą zabawę. Czy zniesiesz jeszcze chwilę cierpliwości?
Ja: Zniosę…
Maja: To dobrze, cierpliwość jest najważniejsza… zwłaszcza przy zamkniętej klapie od sedesu.
A Ty jaką dewizą kierujesz się w życiu?

Czy będzie wojna? c.d

Jakoś tak monotematycznie w naszym domu ostatnio.
Maja: Mamo, będzie wojna? Taka z czołgami? I gdzie ona będzie? Będzie tu tak blisko, że będziemy ją mogły oglądać przez balkon?
Wyobraziłam sobie miejsca w pierwszym rzędzie, popcorn, coca-colę i przerwy na dwudziestominutowe reklamy preparatów na przerost prostaty, leków na hemoroidy i granatów zaczepnych.
Ja: Nie wiem, czy będzie wojna. Jak myślisz?
Maja: Nie będzie wojny, bo ja mam alergię na wojnę.
Wyrocznia Kasandra przemówiła. Tylko nie wiem, czy mam jej podać Zyrtec i Wapno.

Czy będzie wojna?

Od strony włączonego telewizora daje się słyszeć frazę: „…Polska się zbroi”.
Maja: Mamo, Polska się zbroi. To znaczy, że będzie wojna?
Ja: Nie wiem Maju, nie będzie…
Maja: No to dobrze, że nie będzie
Ja: …mam nadzieję…
Maja: …bo jakby była, to ja bym się chyba schowała pod łóżko, albo pod kołdrę!
Ja: Myślisz, że to by cię ochroniło przed wojną?
Majka zaczyna rozkopywać poduchy kanapy, włazi w szczeliny i przykrywa się moim szlafrokiem.
Maja: Nie ochroniłoby, dlatego z niebezpieczeństwa buduję tu w Polsce linię obrony i na cały tydzień chowam się do rowu przed chorobą wojskową!
Także w domu już mamy okopy, Marek z LEGO zbudował F16, a ja pracuję nad bronią biologiczną, pakując do jajeczek po KinderNiespodzinkach pałeczki swojej grypy.

Coś na ząb

Maja wczoraj straciła pierwszego zęba. Ale spokojnie, odłóżcie telefony, nie zgłaszajcie przemocy w rodzinie. Wypadł sam. Miał pewnie nerwicę, przez jej nieustanne gadanie. Choć może to przez jakiś etap w rozwoju, czy coś… Co w takiej sytuacji należy zrobić? (Tuż po opanowaniu histerycznego śmiechu na widok świeżej, rozpulchnionej szczerby, oczywiście.)
Należy zacząć kłamać.
Przedmiotem kłamstwa rodzicielskiego była wczoraj postać Zębowej Wróżki. W skrócie: „przed snem połóż zęba pod poduszkę, wróżka wypłaci za niego kasiorę, a zęba wrzuci w Drogę Mleczną i będzie on gwiazdą… jak Ty”. Ząb położony, dziecina pochrapuje, Wróżka-Matka zamienia kościec na mamonę, dziecko rano szczęśliwe, bo bogate za sprawą magii, ALE! chore… Matka zostaje zatem w domu i pracuje w swoim pokoju zdalnie.
Maja: Eh, mamo, mogłabyś się ze mną pobawić, ale wolisz pracować na komputerze…
I w takiej chwili ma się ochotę wbiec z łomem w bajkowy świat i zrobić demolkę, gładząc jednocześnie elfy i inne skrzydlate insekty, mówiąc przy tym, że gdyby nie to „wolenie”, to matka, zamiast zabawiać się we Wróżkę i kłaść kasę pod poduszkę, musiałaby tego zęba sprzedać, choćby i po złym kursie, żeby mieć na suchary.

Senny cud

Zdarza się cud. Dziecko samoistnie zasypia o 17:30. Śpi? Tak! Śpi! Śpi i nie wydaje dźwięków. Żadnych.
20:05 – śpi nadal. „Ach! Otulona ciepłem kołderki z marzeń sennych oddychać wolno, w upragnionej ciszy do samego rana będzie” – myśl piękna, choć wstydliwa rodzi się w głowie matki, która korzystając z okazji, planuje nadzwyczajny-zwyczajny wieczór: wczesny prysznic, sałatkę i film.
Gdy zegar na lodówce wskazuje 21:30, sałatka zrobiona, a krok nieśmiało kieruje się w stronę łazienki, nagłe „Już wstałam i wcale nie jestem senna!” wystrzeliwuje z pięcioletnich, WYSPANYCH ust i dokonuje egzekucji cywilnej myśli o spokojnym wieczorze.
Czyli dziś nie „Nóż w wodzie”, a scyzoryk w kieszeni.

To jakie studia?

Rano, po zbyt długiej drzemce jak na rodzinę pracująco-przedszkolną, na szybko odbywa się poranna toaleta Majki z przesadzonym, teatralnym monologiem matki.
Ja: Maju, błagam, pospiesz się. Jestem nieprzytomna jeszcze , pomóż mi. Aaaaa, To jakieś szaleństwo! Nie wiem co się dzieje, gdzie ja jestem? Co to za kraj?
Maja: Mamo, to Polska i najbardziej nienormalny dom w Polsce.
Ja: Dlaczego najbardziej nienormalny? – zapytałam, bo zawiało mi to definicją „patologii”, a nie widziałam związku między nami (powiedzmy…) a użyciem takiego epitetu.
Maja: Nienormalny, bo najbardziej śmieszny, nie smutny i nie nudny.
Boję się, że moje dziecko po maturze pójdzie na socjologię…

Wolności moja jedyna

Moje dziecko tak bardzo chce być wolne, że oprócz zwykłych przejawów potrzeby ukazania swej niezależności (nie-e!/nie ma mowy!/nie będę tego robić!), od urodzenia uparcie i systematycznie wychodzi poza siatkę centylową.

Nowe marzenie

Moje dziecko wyjawiło mi dziś swoje największe marzenie. „Chciałbym być zachodem słońca, mamo”. Wzruszyło się matczyne serce, zgęsiła się skóra przedramion, zdreszczyła lewa połowa pleców. Romantyczny puentylizm wczesnych impresjonistów wymalował pastelowymi kropeczkami wizję wrażliwości dziecięcia, które mimo bycia ofiarą tryliona krzykliwych, jaskrawych bodźców, odnalazło w świecie natury piękną cząstkę cyklicznej ulotności. Tors matczyny zapłonął ogniem dumy, podobnym do tego, który spala widnokrąg tuż przed nocą. „Kochana dziewczynka…”.
Po piętnastu minutach, gdy oko matki drylowało bęben pralki z mokrych ubrań, „kochana dziewczynka” do metalowej miski wlała pół litra mleka, wwaliła kilka garści mąki, wsypała kakao, dolała gazowanej wody, włożyła łyżkę masła, wrzuciła wyrwaną z doniczki bazylię, dodała całe jabłko, jogurt typu greckiego, zamieszała i zawołała matkę. „Chcę być kucharzem mamo!”- usłyszałam, gdy mój wzrok lustrował stół w salonie zamieniony w garkuchnię w koreańskim obozie internowania. Czyli jednak moje rodzone, wrażliwe słoneczko zaszło i ten oto tu obecny kulinarny zalążek zarządził czas rozliczenia się z ilości obejrzanych odcinków „Kuchennych Rewolucji” Magdy Gessler.
Ja: Kucharzem… chyba wandalem. Ty masz zamiar to zjeść?
Maja: Nie mamusiu, to dla ciebie francuski przysmak.
Ja: Maju, wytłumacz mi! Dlaczego nie chcesz już być słońcem o zachodzie?
Maja: Bo chyba sama rozumiesz, że to nie miało najmniejszego sensu?
Po chwili analiz, z wymaganym zrozumieniem i martwą nadzieją opuściłam pokój:
http://www.magazynsztuki.pl/wp-content/uploads/2013/04/Zbigniew-Beksiński_Pełzająca-śmierć.jpg

Ile matka ma w sobie miłości

Na trasie do Zakopanego dziecko już na wysokości Zambrowa zaczyna pytać „daleko jeszcze?” i wychodzi z tego cało – ile matka musi mieć w sobie miłości?
W Krakowie pod Sukiennicami by rozradować dziecko, matka kupuje obważanek i karmi psychotyczne gołębie zarażone dżumą i ptasim HPV (BPV), pozwalając im siadać na swych dłoniach dla większej uciechy dziecka, choć w domu czeka już na nią wiatrówka kupiona w TvMango, by ukrócić znienawidzone, poranne, parapetowe gruchanie. Ile matka ma w sobie miłości?
Dziecko biegnie, jak zwykle nie patrząc pod nogi, pada na wawelski bruk i rozrywa na kolanie nowe getry H&M 30zł/szt. i słyszy od matki, że nic się nie stało, że busi w kolanko i idziemy do smoka. Ile matka ma miłości?
Dziecko po zakończonej wycieczce, podczas której pierwszy raz widziało góry, jeździło kolejką górską, latało w wagoniku między górami, było na kuligu, jeździło bryczką, tańczyło przy ognisku do gry kapeli góralskiej, jeździło na sankach w pakiecie z wciąganiem przez rodzicielkę na górkę (wylew zdezorientowanej nagłym wysiłkiem krwi do mózgu udaremniony), dostało bączek za dychę, który rozpadł się po 7 sekundach i było dopieszczone do granic, zapytane przez podnieconą i entuzjastyczną matkę, jak podobały się zimowe wakacje, odpowiada: „nuuuda, chcę do domu, oglądać bajki”.
Więc od okolic Kielc w ciszy, z ukrytym wewnętrznym rozczarowaniem i kropelką krwi na rozdartym matczynym sercu, grzejemy 120km/h, żeby zdążyć zanim skończy się dzisiejsza ramówka na dziecięcych kanałach tv.
Tyle matka ma w sobie miłości.

Przegrzany mózg

Maja: Mamo, a przegrzał ci się kiedyś mózg?
Ja: Przegrzał. W Egipcie za długo byłam na słońcu, dostałam udaru i miałam wtedy przegrzany mózg.
Maja: I w mózgu płonął ci ogień?
Ja: Takie miałam wrażenie.
Maja: To nie mogłaś go polać zimną wodą z butelki?
Ja: Tak własnie zrobiłam.
Maja: A przegrzał ci się kiedyś mózg, jak ktoś ci zadawał dużo pytań?
Potrzebuję butelkę zimnej wody.

Kiedy Chanuka do drzwi puka?

Maja: Mamo, a kiedy będziemy obchodzić Chanukę?
Ja: Maju, nie będziemy obchodzić Chanuki, to święto obchodzą Żydzi.
Maja: A kto to są ci Żydowie?
Ja: Żydzi to taki naród, który w inny sposób niż my wierzy w Boga i ma inne święta niż my.
Maja: Ja chcę obchodzić Chanukę, musimy zostać Żydami.
Dziecięce marzenie roku 2014. Tak różne od dziecięcych marzeń w czterdziestym pierwszym i sześćdziesiątym ósmym.

Diagnoza

Bawimy się LEGO, w tle lecą „Wiadomości”. Dawno nie oglądałam, więc gdy na ekranie pojawia się śliczna, czarnowłosa pani prowadząca, odnoszę chwilowe wrażenie, że jest w stanie błogosławionym.
Ja: Kurczę, to ona znowu w ciąży?
Maja: Nie wiem mamo, może po prostu się nażarła.
I teraz nie wiem, czy jeść kolację…

Zwierzęca szkoła

Bawimy się z Majką w zwierzęcą szkołę. Wprowadzam w fabułę pierwiastek buntowniczy – mój Pancernik i Narwal spierdzielają na wagary i chowają się w kieszeni bluzy, by z oddali obserwować jak reszta zwierza („Loserów” – nie bójmy się tego słowa) odbywa lekcję w-f`u, rzucając pomidorami w tarczę. Nagle Majka wykonuje nieprzewidziany ruch wróżką-nauczycielką i podlatuje do kieszeniowego wzgórza.
Wróżka: O, tu jesteście!
Ja(wychodząc z roli): Maju, ale nauczycielka ich nie zobaczyła, prowadź dalej lekcję.
Maja(wychodząc z roli): Mamo, zobaczyła! (wchodząc w rolę) Pancernik! Narwal! Marsz w pomidory!
Ja(jako ja): Maja… pobawmy się czasem tak, jak ja chcę. Nauczycielka ich nie zobaczyła. Fruń na boisko.
Maja(jako Maja): Mamo…nie łam mi życia…
Ja: Maja…
Maja: Uwierz mi, naprawdę nie chcesz tego robić…
Pancernik i Narwal nie wrócili na boisko. Dobrowolnie wybrali życie w rosyjskim obozie pracy. Pozostają tam po dziś dzień. Koniec.

Szlakiem szlaczków

Tak cudownie relaksujące jest powracanie myślami do beztroskiego czasu przedszkolnych dni i tych wszystkich prostych aktywności. Po męczącym dniu pracy nad generowaniem składnych ciągów wyrazowych – rozmarzanie się nad czasem, gdy z pasją i zacięciem, z językiem na brodzie rysowało się szlaczki w zeszytach w dwie linie. Wspominanie z rozrzewnieniem tych cudownych ślimaczków, zabawnych falek, zawadiackich pętelek, figlarnych zyg-zaczków, radosnych geometrycznych łamańców rysowanych z zapałem i podnieconymi źrenicami wielkości krążków międzykręgowych.
Chyba, że po ciężkim dniu pracy zamiast rozpływać się w marzeniach o tęczowych liniach, zasiadasz z ukochanym dzieckiem do ćwiczenia takowych. Po godzinie przełykania gula i małych, wewnętrznych atakach epilepsji, błagasz w duszy o valium, gorąco pragniesz powrotu do biura i przeklinasz chwile, w których miałeś czelność pomyśleć ciepło o tych kolorowych koślawcach, które właśnie wielobarwny obraz dziecięcych lat brutalnie zamieniły w monochromatyczny gniot, zalewając go żółcią. W szlaczki mać.

Gdy nie ma kota…

Dziecko skorzystało na tym, że Pan Domu pojechał w „delegację” i spało z matką swoją w dużym łożu. W środku nocy przekręciło się tak, że leżało w poprzek łóżka spychając mnie nogami. Gdy zwisając nad przepaścią, czując złowrogi oddech zimnego dywanu, leżałam na powierzchni szerokości krawędzi żyletki postawionej na sztorc, dostałam kilka razy kopa w biodro stópkami rozmiaru 32. Zza pleców usłyszałam głos przypominający skrzypiące stare zawiasy w potężnych dębowych drzwiach.
Maja: Mamooo, podsuń się… Nie jesteś tu sama…
Dziecko przeżyło.

#planynajutro

Dziecko postanowiło dziś wstać o 6:30, szturchnąć nieprzytomną matkę i wygłosić orędzie do jednoosobowego narodu.
Maja: Mamo, wstawaj, ja chcę się bawić z tobą. To jest już pora, żeby wstać. Ja już nie chce spać. Chce się z tobą bawić na prześcieradle, przyniosłam już kucyki i księżniczkę Cadens!
Ja: Mmmm Maju… połóż się jeszcze….
Maja: Nie! Ja się nie będę kładła! Ja chcę się teraz bawić z mamą!
Ja: Nie pobawimy się, jest noc i będę jeszcze spała..
Maja: Nie będziesz się bawić? W ogóle mnie nie kochasz!
Czy dociskanie małej twarzyczki poduszeczką do prześcieradełka to już moment, w którym interweniuje opieka społeczna?;)

Angielszczyzna w głowiźnie

Majka po powrocie z przedszkola w kółko śpiewa: „Open close, open, close, open close, everybody clap, clap, clap.Open close, open, close, open close, everybody clap, clap, clap….” #mama_gryzie_syfon
Pytam ją grzecznie (przez skruszone już zęby) po dwóch godzinach: Maju, czy mogłabyś przestać? Dlaczego ciągle to śpiewasz?
Maja: Oj mamo, bo mi tak w głowę weszło to po angielsku i nie może wyjść. Przecież tak jest, że czasem coś wlezie w mózg i kaplica. A tobie nic po angielsku nie wlazło?
I jak tu powiedzieć dziecku, że od rana chodzi mi po głowie numer Archive – Fuck You Anyway?

<3

Maja: Dziś w przedszkolu powiedziałam w końcu Kubie, że go kocham.
Ja: I jak zareagował?
Maja: Po prostu padł.
Pewnie chłopakowi stanął przed oczami ołtarz, piątka dzieci, pojedynczy talon na comiesięczne warcaby z Dominikiem i… ukochana teściowa 

Rodzina w galerii

Typowe popołudnie rodziny ery konsumpcjonizmu. Galeria handlowa. Siaty tzn. reklamówki jednorazowe pełne rzeczy, które albo zgniją w lodówce, albo podwyższą cholesterol plus piwko. Zamówiona kawka w tekturze. Siadamy na krzesełkach w strefie wydzielonej dla cierpliwych rodziców tuż obok wielkiej klatki wypełnionej kulkami, w której znikają na zbawienne kilka chwil zadające miliard pytań potwory na krótkich nóżkach. Majka też znika. Przy stoliczku obok siada potężny pan w czarnej, zmechaconej jesionce. Obok niego błąka się zasmarkane, rozczochrane dziecko lat ok.3, płeć żeńska. Zaś na przeciwko niego staje pewna siebie blond szesnastka.
16: Daj mi na frytki.
Ojciec: Nie dam.
16 na cały głos: Coooo???? Nie dasz? Taki jesteś skąpy? Żeby dziecku własnemu na frytki nie dać? 3,90 żałować? Dziecku swemu głodnemu, niedożywionemu, mizernemu? Jak nas zawieziesz do domu, to powiem matce, żeby ci alimenty podniosła.
Ojciec milczał. Potem zniknęli.
Gdy już wysiorbaliśmy do końca super-hiper-świetną-ciepłą-bo_nie_zimną-kawkę-grycankę i wydobyliśmy Majkę z kolorowej czeluści oślimaczonego przez dwulatki plastiku, podążając ku wyjściu z naszej bezpiecznej przestrzeni Auchan, zobaczyliśmy jak potężny ojciec siedzi przy innym stoliku wraz z rozradowanymi córkami i omiata spojrzeniem blat, na którym piętrzą się kubełki z panierowanym drobiem i frytki w liczbie nie jednej – a trzech. Na jego twarzy zauważalny był lekki uśmiech. Był spokojny o alimenty, więc dziś wieczorem z satysfakcją napije się wódki.